poniedziałek, 16 maja 2011

Choreografia i tata na tacierzyńskim

Od kilku dni trenuję zawzięcie układ choreograficzny na sobotnią uroczystość. 
Na razie nie zdradzę, co to będzie bo ma być niespodzianka.

Od dziś tata jest na urlopie. 
Zrobię wszystko, żeby uprzyjemnić mu ten czas i żeby z radością wyczekiwał powrotu do pracy :)

Tyle na dziś!

Na koniec - miesiąc ósmy moich niemowlęcych wspominek.


niedziela, 15 maja 2011

Siedem

Nie, nie chodzi o sriller z Bratem Pittem, tylko o kolejny odcinek "W pieluszce przez świat". :)
Miłej niedzieli!


sobota, 14 maja 2011

Jestem pandą?

Następne ząbki szykują się do wyjścia - brakująca czwórka oraz trójki. 
Będzie pełna paszcza -16 zębów!
Jak u pandy... ???

Kontynuując wątek retrospektywny - dziś miesiąc szósty.



PS. Blogger jak obiecał, tak zrobił - przedwczorajsza notka wróciła cała i zdrowa 

piątek, 13 maja 2011

W promocji

Niestety na skutek niewyjaśnionych okoliczności, wczorajszą notkę szlag trafił. Blogger obiecuje, iż za jakiś czas ponownie się pojawi, jak informatyki rozwiążą jakiś tam problem. Obaczymy!
Tymczasem donoszę o mej wadze, dzięki której czuję się jak kurczak w promocji z Tesco albo jakiego innego hipermarketa - tj. 9,99 kg :)

A teraz kolejna porcja zdjęć - dziś miesiąc piąty. 


czwartek, 12 maja 2011

Kombinatorka

Dziś krótko bo jestem po ciężkiej nocce - śniły mi się koszmary i obudziłam się z płaczem około północy. Rodzice zabrali mnie do siebie do łóżka, żeby mi było lepiej, ale wcale lepiej nie było: tata chrapał, a mama się rozpychała. Masakra!
Niedospanie nie wpłynęło na szczęście na moją inteligiencję i wykombinowałam dziś dwa nowe patenty. Pierwszy to chwyt butelkowy. Dla mnie nowa umiejętność. Choć niektóre dzieci potrafią samodzielnie trzymać butlę w wieku zaledwie kilku miesięcy, to wcale mi nie jest jakoś szczególnie źle z tego powodu, że ja dopiero teraz ją opanowuję. Dotychczas potrzebowałam rączek do zupełnie innych i o wiele ciekawszych czynności - penetrowania paszcz rodzicieli, sprawdzania sprężystości włosia (tego w zasięgu), czy eksplorowania kopalni (czyt. dłubania w nosach). Mniemam, że przez to jestem bogatsza w doświadczenia niż wszyscy ci, którzy grzecznie składali rączki na butelkach wcześniej niż ja.

Na drugi patent wpadłam zupełnie przypadkiem... Niechcący, w obawie przed upadkiem, oparłam się o stojące krzesełko do karmienia, a ono się przesunęło. Co ja zrobiłam krok wprzód, to krzesełko podążało przede mną. I tak też - bez niczyjej pomocy - przedreptałam dobry kwadrans bez odpoczynku. 
Ale tu jeszcze nie widać mojego geniuszu. Widać go po tym jak wybrnęłam z sytuacji, w której drogę tarasowała przeszkoda (ściana, mebel etc.) - np. jeżeli przede mną i po mojej lewej napotykałam opór, przechodziłam do lewego boku krzesełka i dalej już mogłam spacerować swobodnie. Trzeba przyznać, że istny Einstein we mnie drzemie! :)

A teraz ciąg dalszy wspomnień pieluchowych -  dziś miesiąc czwarty do kolekcji.
Już był ze mnie całkiem konkretny bobas.

  

środa, 11 maja 2011

W klatce lwa

Jakiś czas temu (tu) pisałam o licznych zabezpieczeniach, jakie pojawiły się w naszym domu. Czas pokazał, że zastosowane rozwiązania okazały się jedynie tymczasowe a moja pomysłowość w ich pokonywaniu nieopisana. Ale... niestety... mama w odpowiedzi pokazała klasę i zamontowała takie cudo, że dopóki nie osiągnę wzrostu przynajmniej metr dwadzieścia, to nie ma siły, żebym dała radę. W części kuchennej bowiem pojawiły się barierki na dobre ograniczające mój dostęp do szaf i szuflad, w których mama trzyma skarby (cukier puder, czy gumki recepturki, które - wiadomo! - bombowo się rozsypuje). 
Nie ma jednak tego złego - powstała w ten sposób klatka inspiruje do różnego rodzaju zabaw. 
Po pierwsze - w Boba Budowniczego. Przytrzymując się szczebelków udało mi się już odkręcić paluszkami dwie potężne śruby mocujące nasz marmurowy (!) kuchenny blat (dwie śruby z dwóch dostępnych!; i pewnie niedługo będzie miała jakaś tragedia, a najpewniej - krwawa).
Po drugie - w lwa/lwicę, pumę, panterę, czy innego kota, który próbuje się wydostać na zewnątrz, skacze łapskami na barierkę i ryczy wniebogłosy. W rolę kota wcielamy się na zmianę. Ja to jeszcze muszę poćwiczyć, bo moje warknięcia chyba bardziej bawią niż straszą. Ale w końcu nikt nie jest doskonały.

A tu kilka fotek z moich klatkowych wybryków. 
Tym razem ja się wdzięczę do potwora zza krat.



    

Miła odmiana?

Dotychczas w moich działaniach dostrzec można było konsekwentnie wdrażane hasło: Rozpierniczyć Wszystko W Drobny Pył, przez co od czasu do czasu i wyjątkowo pieszczotliwie nazywana byłam Kobietką Demolką. Jednak od czasu, gdy uderzyłam się w łepetynę (czego jednak nie pamiętam i zrzucam na amnezję pourazową, ale na pewno takie uderzenie musiało mieć miejsce, bo inaczej bym takich głupot nie robiła!), coś mi się pod dekielkiem poprzestawiało i zaczęłam przejawiać pewną sympatię względem ładu. 
Idyjotka - powiecie! 
Ale co tam. 
Porządek zaczął mi się podobać bo jest taki... uporządkowany. Łatwiej wszystko znaleźć i nie trzeba zastanawiać się, gdzie rozpocząć poszukiwania piłeczki na przykład - pod kanapą, czy w okolicach kosza, w którym kiszą się tatowe skarpetki (aromat których dalece odbiega od słodyczy)? 
W dbaniu o porządek bardzo pomaga mi specjalny kosz, do którego ładujemy z mamą wszystkie zabawki po skończonej zabawie. Początkowo mama robiła za kozła, który każdorazowo i ochotniczo oddelegowywał się do zadania, ale niedawno pomyślałam, że to mogłaby być fajna zabawa. I o dziwo jest! 
Kolejna sprawność zdobyta!

Kontynuując retro sesję zapoczątkowaną przedwczoraj, dziś przypominam sobie i Wam miesiąc trzeci. Miesiąc jakże ważny dla mnie i rodziców. Dla mnie - bo zostałam ochrzczona (przez bardzo sympatycznego księdza, który zasłynął powiedzeniem, że brzydkie dzieci chrzci za darmo, na co tata zareagował ofertą kilku brazilionów złotych polskich), a dla rodziców - bo powiedzieli sobie "tak".