wtorek, 10 maja 2011

Drugi

U nas upał. 
Na wczorajszym spacerze mama odpuściła mi okrycie wierzchnie i brykałam w samej koszulce i leciutkim sweterku. 
Czuję, że nadchodzi lato.

A skoro o lecie mowa to zróbmy teraz duży krok wstecz i cofnijmy się do przełomu czerwca i lipca ubiegłego roku. 
Wtedy też było baaardzo gorąco. 

poniedziałek, 9 maja 2011

Głodna...

Najchętniej zaapelowałabym do Was o kliknięcia na stronie pajacyka - może i mi coś by się dostało w ramach akcji... Bo w domu to nie dbają...  
Chlip. 
Ostatnio sama musiałam wyruszyć na łowy, żeby zaspokoić głód. I znalazłam: starą, wyschniętą na wiór muchę... Ale cóż - jak mawia porzekadło: lepszy rydz niż nic.

A z innej beczki - dokładnie za 12 dni kończę roczek. 
Postanowiłam, że na tę okazję zrobię taką małą fotograficzną podróż w czasie przez 12 minionych miesięcy. 

Dziś miesiąc pierwszy.

  

czwartek, 5 maja 2011

Szczyty zdobywam!

I znowu poślizg! 
Obiecana relacja świąteczna wciąż wisi nade mną jak ciężka chmura, ale wierzcie lub nie - brakuje mi czasu. Dni mijają tak szybko, że momentami się zastanawiam, czy to nie przypadkiem efekt mojego niedawnego zaklinania czasu i nakłaniania go, by szybciej płynął (właśnie! płynął a nie pędził!). Ale nieważne. Co ma wisieć, nie utonie - relacja będzie, jednak w swoim czasie.

A dziś o szczytach. Rozumianych dosłownie i (ten, no... kopytko... trudne słowo... mam!) metamfetamicznie (holender źle!)... metaforycznie (o!) - czyli jako zdobywanie nowych umiejętności.  

Zacznijmy więc od tych dosłownych.

Wspinam się - a jakże! Pierwsze próby, bardzo udane, zaliczyłam na fotelu, który znajduje się w moim pokoju. Strasznie się przy tym nastękałam (podnieść 10-kilowe pupsko to nie lada wyzwanie). Na szczęście się udało. Dzięki temu uzyskałam dostęp do niedostępnych dotychczas koszyczków z kosmetykami różnej maści, które mama umiejscowiła dość wysoko, co bym nie robiła bałaganu (czyt. nie wyciskała kremów z tubek, nie wyciągała mokrych chusteczek z opakowania, nie rozrzucała patyczków do uszu na wszystkie strony a także żebym nie zjadała samoprzylepnych etykiet - co po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, iż jest mocno w moim interesie, bo bez etykiety niezbyt wiadomo co jest co, więc pojawia się ryzyko, że krem do pupska trafi na moją twarz... Fuj!).
Próbowałam też wspiąć się na salonową kanapę... ale tymczasowo jeszcze znajduje się ciut powyżej moich możliwości. Jakkolwiek będę próbować.

A skoro o kanapie mowa, to pierwsza z tych drugich umiejętności właśnie kanapy dotyczy. A konkretnie działania odwrotnego do wspinania, czyli schodzenia. 
Ponieważ mój instynkt samozachowawczy jeszcze nie w pełni się rozwinął (a może wręcz przeciwnie - mam zwiększone zapotrzebowanie na duże dawki adrenaliny???) i nie do końca jestem w stanie szacować wysokość, na jakiej się znajduję, zdarza mi się nader często schodzić np. z kanapy jak gdyby była ona na tym samym poziomie co podłoga. Niespodziewanie zawisam głową w dół, mama lub tata przytrzymuje mnie za majty i łagodnie pomaga zejść na podłogę.
Gdyby nie rodzice, pewnie nabiłabym już sobie tysiące siniaków, pogruchotała mój zgrabny nosek i powyłamywała zęby. Póki co mam ich zawsze przy sobie, ale co będzie jak któreś nie zdąży przyjść z pomocą?
Aby zapobiec straszliwościom w przyszłości, tata pokazał mi jak należy schodzić: to nie głowa, ale wyobraźcie sobie, że pupa ma iść pierwsza (trochę to zastanawiające, ale nie dyskutuję - szczególnie, że w tej sytuacji się sprawdza). Jak już nóżki dyndają nad podłogą, powoli opuszczam ciałko i ... tadam! Stoję! 
Już kilkakrotnie udało mi się zupełnie samej zejść w ten sposób.

Szybko na koniec jeszcze dodam, że i z konia udało mi się samej zejść. To wykombinowałam bez żadnego instruktażu; po prostu - podniosłam swe siodło, przełożyłam jedną nóżkę przez ogiera (ogra?) i już!

Tyle na dziś.
Do następnego!

   

środa, 27 kwietnia 2011

Wróciliśmy!

Cali i zdrowi wróciliśmy ze świątecznych wyjazdów. Relacja niebawem.
Dziś szybki rzut oka na poranne piżamowe wygłupy.


piątek, 22 kwietnia 2011

Szybko, szybko

Najpierw się zbiera, zbiera, a później w pośpiechu muszę nadganiać z informacjami...
No ale nie ma co marudzić, tylko szybciuchno zdawać relację z ostatnich dni.

Haute couture
Mama uszyła mi kreację na Święta. Nie jakieś tam byle co -  ledwo zszyte po bokach, ale prawdziwą bufiastą sukienkę z falbanami i zalotną łezką na pleckach. W kolorze soczystej zieleni. 
Niestety wczoraj nie miałam ochoty w niej pozować dlatego zdjęcia niet. Ale spoko loko - z pewnością po Świętach się pojawi.

Tron
Jak na prawdziwą księżniczkę przystało - dostałam i ja! Prawdziwy, zieloniutki i gra jak się do niego nasika! :) Dwójki jeszcze nie udało mi się jeszcze złapać, więc nie wiem. W sumie to się z niego cieszę, bo swój tron to prestiż, ale czasem trochę mi nudno, jak tak siedzę i czekam... I czekam... I czekam... Mam nadzieję, że już niedługo nauczę się komunikować swoje potrzeby. Wtedy dostanę taki na wypasie - gadający ze spłuczką! Motywację zatem mam. 

Oko
Najpierw był nos. Ale tylko u biedronki. Pokazywany zgrabnie wyprostowanym paluszkiem wskazującym, a po jakimś czasie przy pomocy rozdziawionej buzi (tak jak bym się chciała z nią całować). Później biedronce było się umarło na skutek dekapitacji (nie pytajcie, kto był katem ha ha ha!), a nos wyparło oko. Tym razem pokazywane już na człowieku i na kobiecie, czyli na tacie i mamie. Każde z nich na swój śmieszny sposób zachęca mnie do pokazywania tej części ciała: tata rozwiera powieki tak szeroko, że oczy prawie mu się nie wyturlają z dołooczów; mama natomiast wachluje rzęsistkiem tak szybko, że odnoszę wrażenie, że gdyby nie dodatkowe Frankowe (i pizzowe, i makaronowe, i ... no dobrze - może już nie będę matki dalej pogrążać) kilogramy, to by mi odleciała.

Perkusistka
Ulubioną zabawką ostatnich dni stał się... ra-ta-ta-tam!!! ... GARNEK. Wielki, głęboki, trochę wieśniacki, ale najważniejsze, że ma siłę. Jak się w niego trzaśnie, a szczególnie jak się trzaśnie jakąś łyżką albo grzechotką, a jeszcze szczególniej - jak trzasnę ja ze swą supermocą, to dźwięk niesie się hen hen za horyzont. I nawet przejeżdżający pociąg nie jest w stanie zagłuszyć jego brzmienia. 

Tea time
Udało mi się namówić mamę, żeby dała mi spróbować prawdziwej, czarnej, słodzonej cukrem herbaty. I bynajmniej nie z łyżeczki - a z prawdziwego kubka o pojemności mojego nocnika. Herbatka mi smakowała, owszem. Ale bardziej "smakował" mi kubeczek i chlipanie z niego. A jak już wychlipałam tyle, ile chciałam, to zanurzyłam w herbacie łapki i rozchlapałam na wszystkie strony.  Polecam!

Wesołego Alleluja
Święta tuż tuż, a mnie pewnie w najbliższych dniach nie będzie ze względu na daleką podróż, dlatego już dziś składam wszystkim serdeczne życzenia - zdrowych, wesołych i radosnych Świąt.

I jeszcze kartka!






czwartek, 21 kwietnia 2011

11

Za miesiąc urodziny!!!
Mama wczoraj wypatrzyła dla mnie suuuuper tort - jednak nie chce mi zdradzić szczegółów. Mówi tylko, że na pewno mi się spodoba. Cóż... Pozostaje mi jedynie mały doping - PĘDŹ CZASIE, PĘDŹ!!!* 

*Jak zwykł był mawiać Wujek Sz., w czasach gdy był piękny i młody

środa, 20 kwietnia 2011

Pół roku

Dziś mój blog obchodzi swój mały jubileusz - pół roku swego istnienia.
Wszystkich Czytających pozdrawiam, dziękuję za odwiedziny i zapraszam do dalszego zaglądania!

Marysia