wtorek, 15 listopada 2011

Pan Francisco

By nas wesprzeć towarzysko
I rodzinnie - ponad wszystko
Przyszedł całkiem spodziewanie
Wcześniej siedząc długo w mamie
Kto to taki? - Pan Francisco!

niedziela, 6 listopada 2011

piątek, 4 listopada 2011

W promieniach listopadowego słońca

Jakkolwiek dziwnie to brzmi... Bo listopad? I słońce? Eeee to chyba niemożliwe w naszej szerokości geograficznej...
A jednak! 
Zamiast szaroburej pogody mamy feerię jesiennych barw skąpanych w słonecznym blasku.
Z pierwszym porannym promykiem, który wpadł przez okno, mama chwyciła za aparat i zaczęła pstrykać raz za razem. A ja dzielnie pozowałam. Poniżej skromna próbka dzisiejszego fotograficznego szaleństwa. 









środa, 2 listopada 2011

Rymy naprędce składane

Cztery strupy, jedna szrama,
Jestem znów poobijana!
Guz, otarcie, siniak wielki,
Toż to cena za me gierki-
Za bieganie, za tarzanie,
Uderzanie, popychanie,
Za kopniaki, silne ciosy
Prosto w misiowate nosy!

I na krzesła się wspinanie,
Na poduchy się rzucanie,
I chodzenie po omacku
Niebezpieczne to jest,  bratku.
Lecz nie dla mnie mdła zabawa,
Lalki, klocki - prosta sprawa! -
W kosz lądują albo w kącie
Mych pomysłów już się bójcie!

By uprzedzić ewentualne pytania i prośby - zdjęć powypadkowych tzn. pozabawowych NIE będzie. Opieka społeczna i życzliwi czuwają a mi dobrze z moimi rodzicami. Póki co :D

piątek, 21 października 2011

Rocky V

O co chodzi?
Proponuję przeczytać na głos. 
Powoli.
ROKIPIĘĆ
ROK I PIĘĆ
Taaak!
Kończę dziś rok i pięć miesięcy.
Stara torba ze mnie.
To zła wiadomość. 
A dobra?
Mama chwyta za aparat więc może jakieś zdjęcia się w końcu pojawią :)

czwartek, 20 października 2011

Rok of Blog

Dziś mija rok odkąd założyłam tego bloga. Wydawałoby się, że to było tak niedawno. Przed chwilą.
A tyle się w tym czasie wydarzyło - nauczyłam się siedzieć, chodzić, gadać, obgryzać meble... Dostałam od boćka Franka (ale chyba na razie bardziej za karę niż w nagrodę :D)
Ani się nie obejrzę, jak kolejny minie rok.
I następny.
O czasie nieubłagany...
Gnasz jak Struś Pędziwiatr.
Pibip!

piątek, 7 października 2011

Pszczółka Ma(r)ja

Odkąd nauczyłam się chodzić, jazda w wózku przestała być dla mnie atrakcją. Ba! Powiedziałabym nawet, że to zupełnie niepotrzebne ograniczenie. Z drugiej strony na samotne wędrówki jeszcze jestem zbyt malutka - nie wiem w którą stronę patrzeć kiedy samochód nadjeżdża, nie wiem jak ocenić czy kałuża jest głęboka, a dziura w chodniku niebezpieczna. Zatem by pogodzić moją (nadmierną) ciekawość świata oraz bezpieczeństwo, dostałam takie oto coś:
Źródło: bezpiecznyurwis.pl
Plecaczek ze smyczką do prowadzenia, który ma super gadżet w postaci czapeczki przeciwdeszczowej z czułkami. Jak się można domyślić - wyglądam obłędnie. Szczególnie jak się szeroko uśmiechnę :)
Kilka spacerów w tym chomącie już zaliczyliśmy. Ja głodna przygód i wzywana przez naturę wyrywałam się do przodu aż tata ledwo za mną nadążał. Co prawda kilka razy tyłek mi uratował (a raczej kolana), reagując w porę (o co bym w życiu go nie podejrzewała!) i unosząc do góry rękę ze smyczką, chroniąc mnie tym samym przed upadkiem. Dlatego nie będę na niego narzekać, że się guzdrał. 
  
A dziś - pierwszy prawdziwie jesienny dzień. Szarobury. Dżdżysty. Leniwy. 
Dlatego zmykam już pod kołderkę, żeby nie musieć go zbyt długo oglądać.

Do następnego!